• Wpisów: 27
  • Średnio co: 84 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 19:45
  • Licznik odwiedzin: 6 390 / 2376 dni
 
firsthand
 
Już prawie nasze wargi się połączyły kiedy do domu wparowała ...Zoey. Nastała dość niezręczna sytuacja. Nigdy za mną nie przepadała. Nawet nie wiedziałam co jej takiego zrobiłam. Rzadko rozmawiałyśmy ale jej spojrzenie było przerażające. Ryan nie miał więcej rodzeństwa, a ona była starsza od niego o rok. Teraz pewnie nagrabiłam sobie jeszcze bardziej. Naga, owinięta tylko ręcznikiem, prawie całująca jej brata. Po co ja to właściwie zrobiłam? Wszystko przez te emocje. Już zaczynam tracić panowanie nad sobą. Muszę znowu racjonalnie myśleć.
Podniosłam się do góry. Najgorsze było to, że przejście do pokoju było po drugiej stronie sofy, a tam właśnie stała ona. Poczułam jak moje policzki nabierają kolorów. Spiekłam raka. Gdy spojrzałam na Ryana nie wydawał się zawstydzony albo zażenowany całym tym zdarzeniem, tak jak ja. Wydawało mi się, że upłynęło kilka wieków zanim coś powiedziała. Przez cały ten czas patrzyła na nas z kamiennym wyrazem na twarzy.
- Witaj braciszku. Nie będę wam przeszkadzać...Chciałam ci tylko przekazać, żebyś szykował się jutro na rodzinny obiadek. Bądź gotowy o siedemnastej. - równie szybko jak weszła tak i wyszła. Odetchnęłam z ulgą. Od razu pobiegłam do drugiego pokoju. Mały ciągle spał. Przebrałam się w moją koszulę nocną po czym usiadłam na skraju łóżka podpierając się rękami. Mokre włosy opadały mi na twarz. Do tego jeszcze pojedyncze krople wody zaczęły spływać po mojej skórze. Usłyszałam ruch w pokoju obok. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Szybko położyłam się obok Kevina. Do tego specjalnie na boku, plecami do drzwi. Wiedziałam,że zapuka i tak też się stało.
- Angie? - Nie odezwałam się. Przez to wszystko zapomniałam o Holly. Nawet nie wiedziałam kiedy usnęłam. Przez resztę nocy śniły mi się same koszmary. Po prostu miałam ciężką noc. (...)
Wstałam o siódmej rano. Kevin z dnia na dzień spał coraz dłużej. Nie trzeba było go uciszać ,bo nie budził się w nocy. Ubrałam na siebie szlafrok i wyszłam z pokoju. Zajrzałam do salonu. Mój wzrok od razu powędrował na kanapę. Miałam przy tym mieszane uczucia. Śpiący Ryan obejmował na niej, tak samo śpiącą Holly. Przynajmniej przyszła. Musiałam się odświeżyć. W międzyczasie maluch zdążył się obudzić,a razem z nim reszta. Od samego rana była zdenerwowana i każda mała rzecz wzbudzała we mnie złość. Bez słowa wyszłam z mieszkania razem z wózkiem. Przez cały spacer nie odezwał się ani razu. Próbowałam zacząć myśleć ale nie mogłam się opanować. Byłam strasznie wściekła. Chciało mi się krzyczeć. Usiadłam na ławce, a głowę podparłam o dłonie.
- Angie? - nawet moje imię mnie irytowało. Skoro ktoś wiedział kim jestem to po co się pytał? Nie rozumiem tego idiotycznego zwyczaju. Jeśli coś chcesz to mów od razu. Spojrzałam w górę opuszczając bezradnie dłonie. Takiego widoku się nie spodziewałam. Alison...Była moją najlepszą przyjaciółką. Poznałyśmy się w szpitalu, tzn. w pracy. Pewnie właśnie tam zmierzała.
- Nie pytaj, sama nie wiem co mi jest. - wypuściłam powietrze z płuc. Usiadła obok mnie i od razu objęła przytulając do siebie. Oparłam głowę o jej ramię. Nic nie mówiłyśmy. Po prostu tak siedziałyśmy przytulone do siebie. - Mam dosyć, nie daje rady. Przecież tak nie można żyć. Nie umiem już normalnie funkcjonować. Coś dziwnego się ze mną dzieje.
- Nikt nie jest normalny. Każdy ma jakieś dziwne zachowania, przeżywa co najmniej jeden kryzys, złamane serce lub po prostu wpada w depresję. Ze wszystkiego da się wyleczyć, trzeba tylko znaleźć odpowiednie lekarstwo.
- Lekarstwa na życie jeszcze nie odnaleziono. - mruknęłam pod nosem.
_ Jak to nie? A co z miłością? Przecież dzięki temu wszystko jest inne, znikają pewne problemy, człowiek staje się...
- Przestań. Wszyscy tak mówią. Niestety nie widzą, że się mylą. To tak nie działa. Wszystko jest już zaplanowane tam w górze i niektórym dostało się bardzo mocno w tyłek. Nie jestem chyba złym człowiekiem prawda? Znasz mnie trochę. Robię co mogę, staram się...- nie wytrzymałam, łzy same zaczęły płynąć. Ostatnio moja stabilność emocjonalna bardzo mocno się waha. Kolejna fala wspomnień zalała w tym momencie moje ciało. Powróciły wszystkie te chwile po śmierci mamy.
- Jedyne co robisz źle to, to że nie dbasz o siebie. Powinnaś to umieścić na pierwszym miejscu.
- Pani Garden, czy nie powinna pani być już w pracy?- słysząc ten męski głos od razu przeszedł mnie dreszcz. Alison spoważniała od razu. Wstała i rzuciła mi krótkie ''trzymaj się''.
Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Miałam wrażenie, że jednym spojrzeniem prześwietliłby mi całą duszę. - Wstań.
Tak jak powiedział tak zrobiłam. Bez sensu było się opierać skoro i tak bym pewnie wstała. Otarłam jeszcze mokre oczy. Chwycił mnie za dłoń. Pociągnął lekko za sobą. Z tego co zauważyłam swoją aktówkę włożył do wózka. Stanął za nim, a ja obok niego. Zaczęliśmy iść do przodu. Znowu chciało mi się krzyczeć. Nagle ta cisza stała się nie do zniesienia. Travis szedł jakby nigdy nic z uśmiechem na twarzy, pogwizdując sobie od czasu do czasu. Stanęłam w miejscu.
- Dlaczego nic nie mówisz? Odezwij się do cholery jasnej! - gdy wydarłam się jak osoba, która właśnie uciekła z zakładu psychiatrycznego, stanął  i zaśmiał się.
- Chcesz rozmawiać? Mamy ładny dzień nieprawdaż? - spojrzał na mnie z tym kpiącym uśmiechem na twarzy. Nabijał się ze mnie. Po chwili znowu chwycił mnie za dłoń. Tym razem stawiłam lekki opór ale był silniejszy ode mnie. Pociągnął mnie za sobą. Szliśmy tak może ze 20 minut. Koszmar. - Popatrz w górę. Widzisz ten balkon? - Nawet nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Rozejrzałam się dookoła. Wydaje mi się, że nigdy tu jeszcze nie byłam. To może być dziwne, bo mieszkam tu całe życie i nie pamiętam tego miejsca. Widok u góry zrobił na mnie duże wrażenie. Na balkonie zwieszone były doniczki z różnymi odmianami roślin. Na ścianie również zwisały . Było tak kolorowo.
- Podoba ci się? - ścisnął mocniej moją dłoń. Zapomniałam właściwie dlaczego byłam zła. Ten widok działał na mnie kojąco. Spojrzałam na jego twarz. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Nie mogąc wykrztusić z siebie słowa kiwnęłam głową. - Jestem twoje. - oniemiałam. Na początku myślałam, że się przesłyszałam, lecz kiedy wyciągnął klucz i podał go mi nie wiedziałam co mam zrobić.
- Ale jak to?
- Jest twoje, to znaczy twoje i Holly. To prezent od twojej matki na dzień, w którym byś wzięła ślub...ale teraz bardziej wam się przyda. Przynajmniej tak uznałem. - poczułam na sobie jego niepewny wzrok. Co to miało znaczyć? On już od dawna wiedział kim jestem? Tylko dlatego miał ze mną rozmawiać, bo moja matka mu kazała przekazać jakiś durny kluczyk? Tak nie mogło być.
- Czyli teraz co? - wzięłam od niego kluczyk po czym zabrałam jego dłonie z wózka.
- Nie rozumiem?
- Co tu jeszcze robisz? Spełniłeś swoją misję, możesz iść. Szpital wzywa. - przewróciłam teatralnie oczami zabierając mu całkiem Kevina. Odwróciłam się do niego tyłem i zaczęłam iść przed siebie. Nagle jego silne, męskie ramiona objęły mnie od tyłu, a już po chwili obrócił mnie przodem do siebie. Nie umiałam panować nad sobą kiedy mnie dotykał albo patrzył. Przycisnął mnie do siebie naprawdę mocno, więc chwyciłam w dłonie jego koszulę i nieśmiało podniosłam głowę do góry. Był bardzo blisko, zdecydowanie za blisko mojej twarzy,ust...Nie wiedziałam co się właściwie dzieje. Czemu on to robi? Przecież ma rodzinę. W ostatniej chwili odchyliłam głowę do tyłu, lecz on nie zrezygnował i przybliżył ją do siebie dłonią. Oparł czoło o moje. Zauważyłam straszny smutek oraz pustkę w jego oczach...Nie chcąc dalej tego widzieć przymknęłam powieki. Jego wargi delikatnie dotknęły moich, próbując je rozchylić. Zrobiło mi się gorąco.
- Travis? Co Ty robisz? - usłyszałam za sobą łamiący się głos, jak się okazało później Stacy...






Nic nie dodawałam od tylu dni, ponieważ nie miałam czasu, przez pewien czas nie miałam internetu i dlatego też, że nie chciało mi się. ^^ Teraz mam tyle na głowie, że nie wiem kiedy następny. Chyba zostały jeszcze osoby, które to czytają co? Rozdział jest okropny, bo pisany na szybko ale cóż, tak bywa. Do następnego.;*

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego